70 lat Beatlesa
W 2007 roku prawie dwa tysiące Brytyjczyków podpisało się pod petycją w sprawie nadania Ringo Starrowi tytułu szlacheckiego. Perkusista The Beatles na tę propozycję odpowiedział “Wolałbym zostać raczej księciem lub królewiczem”. Potem napisał piosenkę Elizabeth Reigns, w której drwił sobie z monarchini Zjednoczonego Królestwa.
Ta historia jest doskonałym streszczeniem stylu życia Richarda Starkey’a (jak naprawdę się nazywa). W najsłynniejszej grupie muzycznej w historii nie był bowiem tym przekornym (Lennon), uroczym (McCartney) bądź cichym (Harrison). Wizerunek Czwórki Ringo dopełniał osobowością pogodnego i ciepłego klauna, zawsze skłonnego do wygłupów. Najstarszy z Beatlesów w głębi duszy pozostał dzieckiem. Tym trudniej uwierzyć, że dziś kończy 70 lat.
25 funtów
W 1962 roku John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i Pete Best po raz pierwszy pojawili się w słynnym studio przy Abbey Road. Oceniać ich grę miał George Martin – 36-latek rozmiłowany dotąd w Rachmaninovie i muzyce barokowej. W zespole o dziwacznej nazwie “The Beatles” przyszłemu producentowi płyt Revolver czy White Album spodobało się prawie wszystko. Oprócz niebywałych jak na amatorów zdolności muzycznych, przyszli gwiazdorzy mieli jeszcze charyzmę i pewność siebie. Przede wszystkim cechowała ich jednak błyskotliwość i poczucie humoru. Gdy Martin zapytał po pierwszej sesji nagraniowej czy coś się Beatlesom nie podobało, Harrison odpowiedział „Tak. Twój krawat.”
Był jednak pewien problem. Pete Best, który w zespole grał od 1960 roku, miał dwie wady. Po pierwsze w bębny uderzał co najwyżej przeciętnie, po drugie zaś, w przeciwieństwie do pozostałej trójki, był ponurym i trochę tajemniczym introwertykiem. Martin postawił warunek – Beatlesi nagrają dla EMI pierwszą płytę, muszą jednak znaleźć nowego perkusistę. Brian Epstein – menadżer grupy – zadzwonił do Ringo Starra, który grywał już czasami w zastępstwie Besta. Epstein zaoferował 25 funtów tygodniowo, konkurencyjna grupa King Size Taylor and The Dominoes dawała 5 funtów mniej. I tak 18 sierpnia 1962 Ringo Starr został Beatlesem.
Wsiadł wówczas do muzycznego kombajnu, który rozpędzony gnał przez wszystkie kontynenty zbierając największe żniwo, jakie świat muzyczny dotąd widział. Od liczby utworów The Beatles na pierwszych miejscach list przebojów może zakręcić się w głowie: Australia – 26, Kanada i Szwecja – 22, USA – 20, Wielka Brytania – 17. Pierwszy teledysk? Beatlesi. Pomysł koncept-albumu? Liverpoolska czwórka. Największa widownia w historii amerykańskiej telewizji? Oczywiście występ Fab Four.
Czterogłowy potwór
Siła zespołu, który muzycznie przeprowadził świat przez szalone lata sześćdziesiąte, tkwiła w kolektywie. Mieli przecież liverpoolscy chłopcy jako konkurencję prawdziwych gigantów – Beach Boys, w których despotycznie władał Brian Wilson, Elvisa Presley’a czy Rolling Stones. Mick Jagger nazwał kiedyś Beatlesów “czterogłowym potworem” chcąc podkreślić lojalność i przyjaźń, które cechowały relacje muzyków. Ringo, jedynak, mówił wówczas, że nagle zyskał trzech braci i ten stan bardzo mu się podoba. Gdy perkusistę The Beatles zmogło zapalenie migdałków, a grupa miała przed sobą trasę koncertową po Holandii, Hong-Kongu i Australii, zaproponowano zastąpienie Starra innym muzykiem. Harrison odpowiedział: “Ja nie jadę. Bez Ringo to nie są Beatlesi”.
Starr perkusistą jest niewątpliwie świetnym (Rolling Stone w rankingu najlepszych bębniarzy w historii przyznał mu miejsce 55.). Jest też piekielnie inteligentnym i obdarzonym ciętym dowcipem rozmówcą – mówił np. “Do końca 1962 roku sprzedano ponad 100.000 sztuk Love Me Do, z tego większość w Liverpoolu. Nadal mam stos tych płyt w domu”. Przez 8 lat członkostwa w zespole napisał samodzielnie tylko dwie, nie najlepsze dodajmy, piosenki – wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że jego zadaniem nie jest tworzenie przebojów. Beatlesi wiedzieli, że Ringo tytułów takich jak A Day In The Life czy Hey Jude skomponować nie jest w stanie, na każdym albumie wykorzystywali jednak jego zupełnie niezłe umiejętności wokalne. Charakterystyczny niski głos usłyszeć możemy choćby w Yellow Submarine czy With A Little Help From My Friends – dziełach duetu Lennon/McCartney.
Bębniarz i wokalista nie przestał być w zespole „tym zabawnym” i traktowanym z przymrużeniem oka. W 1965 roku Elżbieta II (ta sama, z której Starr będzie kpił ponad 40 lat później) przyznała dwudziestokilkulatkom z Liverpoolu Orderu Imperium Brytyjskiego. Dziennikarz przedstawiający Beatlesów dodawał do nazwiska każdego z nich dostojny tytuł, a Lennon, McCartney i Harrison reagowali spokojnie i z powagą. Gdy jednak zakomunikował “Ringo Starr, MBE” cała czwórka, łącznie z uhonorowanym, zaniosła się śmiechem.
Ringo się nie zmienia
Do śmiechu z biegiem kolejnych lat było jednak Ringo coraz mniej. Beatlesi zaczęli być zmęczeni ciągłym przebywaniem ze sobą i byciem w samym środku szaleństwa, jakiego świat popkultury dotąd nie widział. Sami twierdzili, że jedynym miejscem, gdzie mają choć namiastkę spokoju, jest toaleta. Różnice charakterów i zainteresowań stały się wyraźniejsze, monolit kruszył się z każdym rokiem. W życiu Lennona pojawiła się zaborcza Yoko Ono, dawał o sobie znać egocentryzm McCartney’a, Harrison często czuł się niedoceniany. Tylko Ringo wydawał się być taki sam – pogodny, lojalny, samokrytyczny.
1 kwietnia 1970 roku w pustym londyńskim studio nagrał ścieżki perkusji do Across The Universe i The Long And Winding Road. Nie towarzyszył mu podczas tej ostatniej sesji The Beatles żaden z kompanów. Jeden z nich – Paul McCartney – 9 dni później oznajmił, że odchodzi z zespołu. Beatlesi przestali istnieć. Wielu marzyło o choć jednym wspólnym koncercie Czwórki, jednak John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i Ringo Starr wspólnie nie zagrali już nigdy. Ani gdy oferowano im miliony dolarów, ani gdy o charytatywny koncert poprosił sekretarz generalny ONZ.
Na początku lat 70-tych dawni przyjaciele spotykali się głównie w salach sądowych. Wymieniali się też co najmniej nieeleganckimi opiniami na swój temat wyrażanymi w tekstach solowych już dzieł. I tak Lennon poświęcił McCartney’owi utwór How Do You Sleep?, w którym kąsał: “Piękna twarz – to wystarcza na rok albo dwa. Potem zobaczą do czego jesteś zdolny.”, ten nie pozostał mu dłużny w piosence Too Many People. George z Paulem nawet nie chciał się spotykać, a w autobiografii “I Me Mine” nie poświęcił Johnowi Lennonowi choćby jednego zdania.
Ringo wydawał się być ostoją spokoju i jako jedyny nie zapomniał, że nadrzędnymi zasadami, które zawsze panowały w Beatlesach były przyjaźń i lojalność. W 1973 roku na swój solowy album, zatytułowany po prostu „Ringo”, zaprosił wszystkich kolegów. Utwór I’m The Greatest napisał John Lennon, który zagrał w też na pianinie przy akompaniamencie Harrisona na gitarze. George był współautorem singla Photograph, a podkład basowy Paula usłyszeć można w You’re Sixteen. McCartney dorzucił też własne dzieło – Six O’Clock.
Starr był jedynym Beatlesem, który zachował dobre relacje z każdym z kolegów. Jeśli więc John, Paul, George i Ringo mieliby jeszcze kiedykolwiek wspólnie zagrać, pozostałą trójkę mógł przekonać tylko ten ostatni. Niestety – 8 grudnia 1980 roku fan-psychopata pięcioma strzałami powalił na ziemię Johna Lennona, przekreślając wszelkie szanse na zjednoczenie grupy. Tylko jeden z Beatlesów od razu przyleciał do Nowego Jorku, aby wesprzeć przerażoną Yoko Ono. Ringo Starr.
Tagi: 2010, 70. urodziny Ringo, Richard Starkey, Ringo Starr, urodziny

Świetny artykuł, podsumowujący dokonania “najmniejszego” z wielkich.
Sto lat, Kochany Ringo!