Byłem na koncercie McCartney’a | AbbeyRoad.pl - tylko o The Beatles

Byłem na koncercie McCartney’a

mccartney londyn 27 czerwca 2010Dwa dni przed koncertem Paula poszliśmy w Londynie do National Gallery. Od liczby dzieł najwybitniejszych twórców w historii malarstwa zakręcić się tam może w głowie. Weźmy na przykład van Gogha.

Stanąłem przed jego obrazem i pomyślałem: to właśnie jest płótno, którego pędzlem dotykała ręka jednego z największych malarzy w historii. Przez ten obraz miałem poczucie jakbym stał obok holenderskiego artysty, a on opowiadałby mi o tym co czuje i myśli o świecie.

W niedzielę, 27 czerwca, tuż po 19:30 na scenę ustawioną w londyńskim Hyde Parku wyszedł van Gogh współczesnej muzyki – sir . Niejeden z czytelników może się zżymać pytając – “Gdzie autor Słoneczników,  gdzie były Beatles? Nie dość, że dziedzina sztuki zupełnie inna, to jeszcze autor bloga chyba nieco się zapędził porównując poziom artystyczny tych dwóch twórców?”. Otóż autor bloga się nie zapędził.

gra w tej samej artystycznej lidze co Wolfgang Amadeusz Mozart, Antonio Gaudi czy Remrandt. Jest geniuszem. Wytycza nowe trendy. Wzbudza twórczością głębokie emocje w setkach milionów ludzi. Jest ikoną. I właśnie ta ikona, jak gdyby nigdy nic, wyszła po 19:30 na scenę i zaczęła grać Venus And Mars. Znowu poczułem się jakby van Gogh opowiadał mi o swoich uczuciach, ale nie było to wyłącznie dzieło mojej wyobraźni. On tam był. Stał. Śpiewał. Widziałem go. Ten, który uczył Johna Lennona grać na gitarze. Ten, który zaśpiewał All My Loving w Ed Sullivan Show. Ten, który wymyślił fragment “Woke up, fell out of bed” z A Day In The Life. Twórca Hey Jude, Let It Be, She’s Leaving Home, Got To Get You Into Mu Life, Live And Let Die, Jet. Mało? Bardzo proszę – ma tego więcej: Lady Madonna, Helter Skelter, Yesterday, Ob-la-di Ob-la-da, Eleanor Rigby. Gdyby przytrafiło mu się takie jedno dzieło powiedzielibyśmy “Przypadek”. Dwa? “Szczęśliwy zbieg okoliczności”. Przy trzech można by stwierdzić, że miał w życiu trzy właśnie przebłyski. On jednak dzieła wybitne wysyłał w świat spod swojego pióra i z głębi swojej gitary jakby z fabrycznej taśmy. W tę niedzielę, 27 czerwca 2010 zagrał je prawie wszystkie.

“Paul jest profesjonalistą. Zawsze nim był” – to słowa Johna Lennona z lat 70-tych. Od wypowiedzenia tych słów minęły ponad trzy dekady, a Paul niezmiennie profesjonalistą pozostaje. Tak właśnie zagrał ten – pod emocjami, anegdotami, uśmiechami był przede wszystkim profesjonalizm. Świetni muzycy, genialna oprawa, perfekcyjna logistyka – dopiero na takiej bazie można tworzyć wielkie spektakle. I ta baza była na najwyższym światowym poziomie.

Co zapamiętam z koncertu Paula? Zapamiętam Live And Let Die w środku którego przed sceną nagle wybuchły płomienie, a potem niebo rozbłysło festynem sztucznych ognii. Paul grał już wtedy na fortepianie na stojąco. Zapamiętam anegdotę o tym, że Jimiemu Hendrixowi na jednym z ów rozstroiła się gitara i o jej nastrojenie poprosił znajdującego się wśród publiczności Erica Claptona. I drugą historię o tym jak rosyjscy ministrowie opowiadali Paulowi, że angielskiego uczyli się na tekstach Love Me Do i Hello Goodbye (dużo się nie nauczyli można z tego wnioskować).

Zapamiętuję te chwilę, bo one mnie zaskakiwały. Widziałem przecież na YouTube nie jeden i nie dwa koncerty Paula. Prawie pewne było, że zacznie od Venus And Mars, a skończy na The End, że zagra Here Today dla Johna i wersję ukelele Something dla George’a. Nie było trudne do przewidzenia, że na scenę będzie wracał dwa razy, aby zagrać jeszcze kilka kawałków dla wciąż głodnej jego muzyki publiczności. Ta baza – scenariusz, był mi mniej więcej znany i choć widziałem ją już nie pierwszy raz, to pierwszy raz na żywo przeżywałem ją inaczej. Lepiej.

Zauroczyła mnie Tequila, którą Macca chyba rzeczywiście zagrał zupełnie przypadkowo, ale jego muzycy, jak na dobrych muzyków przystało, dotrzymali mu kroku i z tej krótkiej improwizacji zrobił się fantastyczny pogodny przerywnik. W końcu, po 3 godzinach ogromnego fizycznego (całą koszulę miał mokrą) wysiłku Paul się z nami pożegnał.

Anna, z którą byłem na koncercie, dotychczas za Paulem nie przepadała. Twierdziła, że gra głównie mdłe kawałki o miłości. Spytałem ją jak podobał się . Odpowiedziała, że teraz wraca do domu i przez najbliższy tydzień będzie słuchać McCartney’a. A potem dodała: “Jakby był w Polsce, to pójdziemy jeszcze raz, nie?”.

VN:F [1.8.1_1037]
Oceń ten wpis:
Rating: 6./6 (8 votes cast)
Byłem na koncercie McCartney'a6.68
Tagi: , , ,

Podobne wpisy:

2 Responses to “Byłem na koncercie McCartney’a”

  1. Lubię to! Lubię! Lubię! I ZAZDROSZCZĘ!

    UN:F [1.8.1_1037]
    Rating: 0 (from 0 votes)
  2. Gratuluję! I zazdroszczę !

    UN:F [1.8.1_1037]
    Rating: 0 (from 0 votes)

Skomentuj

Regulamin komentarzy

Spam Protection by WP-SpamFree

« Wciąż mamy szanse 70 lat Beatlesa »