Ringo lubimy najmniej. Ale lubimy.
Zrobiłem ankietę. Wszyscy pytają “Którego Beatlesa lubisz najbardziej?”, ja zadałem pytanie odwrotne “Którego Beatlesa lubisz najmniej?”. I wiem, że odpowiedź była bardzo trudna, bo przecież lubimy wszystkich! Jak się okazuje jednak – nie każdego tak samo. Najmniej bowiem sympatii mamy do tego, którego nie da się nie lubić. Paradoks?
Czy Ringo jest genialnym muzykiem? Chyba nie. Jest muzykiem bardzo dobrym, w jego kompozycjach brakuje jednak błysku geniuszu charakterystycznego dla I Am The Walrus czy Yesterday. Co więcej, od słuchania Don’t Pass Me By niektórych mogą rozboleć zęby – muzycznym arcydziełem ten utwór na pewno nie jest. I jeśli mówimy o White Album jako płycie nierównej, to jedyna znajdująca się na niej kompozycja Starra raczej równa w dół niż w górę.
Jak jednak można nie lubić Ringo? Ringo o lakonicznym humorze, wiecznie pogodnego, dużego chłopca, który w ostatnich sekwencjach Antologii wzruszająco mówi o Beatlesach jako swoich braciach? Jak nie uwielbiać jego niskiego głosu perfekcyjnie pasującego do Yellow Submarine czy With A Little Help From My Friends?
Jak nie doceniać wreszcie jego pokojowej natury, nieangażowania się w awantury, lekkiego wycofania podczas piętrzących się w trakcie nagrywania Let It Be konfliktów? Jak wreszcie nie podziwiać jego roli w filmie Help!?
Jest więc mnóstwo rzeczy, za które Ringo można lubić. Lubią go więc wszyscy, doceniają jednak geniusz pozostałych Bealtesów. Tak rozumiem wynik tej ankiety – trzeba w końcu było kogoś wybrać! Oto wyniki:
Którego Beatlesa lubisz najmniej?
1. Ringo: 14 głosów
2. John: 9 głosów
3. George: 6 głosów
4. Paul: 5 głosów
Głosowały 34 osoby.
P.S. Ja głosowałem na Johna.
Tagi: ankieta, Beatles, Don't Pass Me By, Ringo Starr, The Beatles, White Album, With A Little Help From My Friends, Yellow Submarine

ja podejrzewałam że ‘wygra’ John, mimo że jest moim ulubieńcem… Ringo, hmm dziwne. W sumie każda opcja (oprócz Johna) wydawałaby mi się zaskakujaca…
dla mnie np. najbardziej nie-ulubionym Beatlesem jest Paul
Ja chyba też wybrałabym Johna… Za jego dziwny stosunek do wszystkiego. Zawsze jak oglądam jakieś nagrania Beatlesów lub o nich to mam wrażenie, że dla Johna wszystko co związane było z The Beatles było infantylne i niewarte uwagi. Poza tym lubię tylko jego piosenki, a nie jego.
Ja wybrałam Paula. George’a bym nie wybrała, bo to mój ulubiony Beatles, do Ringo jakoś zawsze miałam sentyment. I właściwie to wachałam się między Johnem a Paulem. Niby John miał swoje humory, ale miał o wiele lepsze płyty solowe od Paula…
paul jest gwiazdorem
paul jest rzemieślnikiem
paul jest PRowcem
John był pełen sprzeczności
walczył ze sobą w sobie
tragedia i cierpienie pożywką dla sztuki
bo artysta syty nie ma nic do powiedzenia
Nawiązując do piosenki “Don’t Pass Me By”, zauważyłem, że gdy słucham pierwszej płyty White Album, to to jest jedyny kawałek, który przełączam
Co do ankiety… Mimo tego, że jest dużo spekulacji na temat talentu Ringo Starra, należy przyznać, że bez niego Beatlesi nie byliby tacy sami, a przecież byli genialni. Możliwe, że czwarty geniusz to byłoby już za dużo =D
@Kalafior – czy trzeba mieć kilka kobiet na boku, chcieć obalić system, odsyłać order królowej i być ściganym przez obce wywiady, żeby być uznanym za prawdziwego artystę? McCartney po prostu tworzył dobrą muzykę. I już. To wystarczająco wiele. Rzemieślnika nie umieszcza się na liście 100 żyjących geniuszy. Rzemieślnik nie napisałby “Yesterday”. Rzemieślnik nie sprzedałby najwięcej albumów w historii.
“Artysta głodny jest dużo bardziej płodny” – głodem to raczej żaden z Beatlesów po 1963 roku nie przymierał. Cytat więc, moim zdaniem, chybiony.
Bo wydaje mi się, że z tą czwórką jest tak:
Ringo bywa tak zabawny i śmieszny, że jak się tylko na niego patrzy (choćby na jego nochal) to życzliwy, szczery uśmiech od razu pojawia się na twarzy.
George wydawał się człowiekiem, od którego biło czyste dobro. Nie dało się go nie lubić. To było to ciepło, jakie odczuwam choćby przy ‘Here Comes the Sun’.
John… John da się nie lubić. Największy ekscentryk, najczęściej się zmieniał (wizualnie ale przede wszystkim wewnętrznie), no ale nie uważam, że należy go oceniać po tym, iż czynił tak, jak nakazywał mu jego specyficzny imperatyw. To, że oddał order nie znaczy o nim źle, a na pewno nie był to jakiś PR-owski chwyt (to po prostu: everybody’s got something to hide except me and my monkey
). Największym jego zarzutem była Yoko. Ja Johna lubię najbardziej. Za błyskotliwość, za wyrażane uczucia, za geniusz.
Pomimo bycia katolikiem, uwielbiam słuchać jego , heretyckie teksty, pomimo bycia wielbicielem Beatlesów, kocham moment, gdy po jego słowach ‘I don’t believe in Beatles’ następuje … cisza.
Paul? Paula- gdybym naprawdę musiał – to jego bym wskazał. Denerwował mnie jego perfekcjonizm, przesadny patos w Long and Winding Road czy Let it Be, co nie znaczy, że nie był geniuszem i nie jest fantastycznym człowiekiem.
Najgorszym z Beatlesów była Yoko Ono, a piątym Beatlesem George Best
Pozdrawiam. Strona jest świetna
@Lelek
Po pierwsze proszę nie nazywać Yoko Ono jedną z Beatlesów! Nie żebym miał coś do niej, ale nawet nie przyszło mi do głowy, żeby brać ją pod uwagę.
Piątym Beatlesem był George Martin, a nie George Best, bo on był piłkarzem… Jak już to PETE Best. Z całym szacunkiem, ale on dużo bardziej przyczynił się do sukcesu beatlesów, żeby nie powiedzieć NAJbardziej (na początku). Pete Best odegrał bardzo małą rolę w historii bitelsów. Poza tym to bitelsów było CZTERECH i nienawidzę jak ludzie dodają to nowe osoby! =)
Co do oddania przez Johna orderu to pomimo wszystkich kontrowersji, akurat za ten ruch szanuję go. Dla niewtajemniczonych: oddał go protestując przeciwko poparciu wojny w Wietnamie przez Wielką Brytanię.
Nie no spoko
chciałem zażartować z tym Georgem Bestem i Yoko, tak jak się mówi, że Metallica skończyła się na “Kill’em All” itd, itp.
Wiadomo, byli czterej Beatlesi, co nie znaczy, że i George’a Besta nie nazywano piątym Beatlesem, bo tak rzeczywiście było, ale to już inna bajka.
@Igor – dla mnie, jeśli ktoś był piątym Beatlesem, to był to raczej Brian Epstein. Zauważcie, że od momentu jego śmierci grupa zaczęła się sypać.
@Lelek – George Best to piłkarz Manchesteru United. Jest o nim świetna piosenka grupy Myslovitz:
http://lawiniaa.wrzuta.pl/audio/3r7FR31lV1o/myslovitz-_ksiaze_zycia_umiera
Chodzi Ci zapewne o Georga Martina:)
Uwielbiam ten utwór Myslovitz. A jeśli faktycznie (na serio, naprawdę, bez żartów) miałbym wskazać piątego Bealtesa to byłby to Epstein.
Chciałem luźno nawiązać po prostu do pseudonimu G. Besta, który powstał pod koniec lat 60-tych, kiedy Best grał jak nikt inny. Grał na boisku, jak Beatlesi na swoich płytach. Ponadto stał się gwiazdą showbiznesu, a i samą fryzurą przypominał niektórych z Fab Four. Dlatego też z przekorą nazwali go “piątym”
@Jakub Sieczko – Właśnie dlatego nie lubię gadania o piątym beatlesie. Proszę nie traktować zbyt poważnie mojej propozycji na piątego bitelsa- Georga Martina, bo właściwie nie zastanawiałem się nad tym bardzo poważnie. Po prostu jest ich czterech i koniec. Oczywiście Brian Epstein miał bardzo duże znaczenie dla zespołu i jego funkcjonowania, tak jak napisałeś – najbardziej widać to po jego śmierci.
Hmm. Przyznam, że mam mieszane uczucia co do tej ankiety. Zawsze niezmiernie dziwi mnie fakt, że fani Beatlesów, których w końcu, przynjamniej w naszym kraju, nie jest tak znowu mnóstwo, czują jakąś dziwną potrzebę antagonizowania własnego “środowiska”. Bo przecież niby żartobliwe pytanie w stylu “Kogo kochasz bardziej, mamusię czy tatusia?”, bardzo często prowadzi do całkiem poważnych kłótni, gdzie gloryfikuje się Johna, a atakuje Paula, albo vice versa. I tak zamiast sporów o np. najlepszą linię gitary lub basu, mamy nieprzyjemne kłótnie z ostrymi inwektywami, w których obraża się ludzi, którzy w jakimś stopniu zmienili, albo przynajmniej wpłynęli na życie każdego z nas i o choć ułamku talentu których możemy tylko marzyć. Ja powiem tak: kocham ich WSZYSTKICH jednakowo, każdego z różnych powodów. Bez któregokolwiek z nich to już nie byliby Beatlesi.
A co do oskarżeń w sprawie Paula: pomyślcie, że gdyby nie ten “przesadny perfekcjonizm”, to wiele piosenek zespołu mogłoby brzmieć zupełnie inaczej. Poza tym, jeśli podobają się Wam albumy Beatlesów od Peppera wzwyż, to musicie być wdzięczni za nie głównie Paulowi. W końcu to on był spiritus movens zespołu po śmierci Briana i popychał kolegów do nowych projektów. Wbrew temu, co wielu mu zarzuca, nie zaczął nimi dyrygować, ale chciał ich utrzymać razem, zająć ich pracą. Ta odpowiedzialność spadła właśnie na Paula, bo Ringo miał za słabą pozycję w zespole, George był zmęczony Beatlesami, a John był bardziej zainteresowany LSD, a potem Yoko i heroiną niż zespołem.
A że dla niektórych “The Long and Winding Road” jest patetyczne i przesłodzone? To już wina Phila Spectora, a nie Paula. Paul NIENAWIDZIŁ ostatecznego miksu tej piosenki i był wściekły na Spectora, których nie uwzględnił wskazówek Paula w tym temacie. Stąd wydane kilka lat temu “Let It Be… Naked” – Paul zrealizował ten projekt, w którym oczyszczono piosenki ze Spectorowych ozdobników i uzyskano o wiele bardziej surowe brzmienie.
Osobiście nigdy nie pomyślałem, że Paul był przesadnym perfekcjonistą, a Long and Winding Road należy do jednej z moich ulubionych piosenek bitelsów (wśród jakichś 20 innych), także wg. mnie efekt udany i nie wiem, która wersja jest lepsza.
Chociaż nie potrafię jednoznacznie wskazać, którego z bitelsów lubię najbardziej, to uważam, że jednak smaczki w piosenkach Paula cenię najbardziej i chyba tych jest więcej niż Johna i Georga. Nie jestem pewien co do Ringo Starra… (…) =)
Traktuję The Beatles jako całość i razem byli najlepsi, dlatego po rozpadzie nie interesuje mnie tak bardzo ich działalność, ponieważ to było co innego, styl piosenek był bardziej indywidualny i się bardzo różnił, a przecież uwielbiałem tamten skład, który był właściwie ideałem. Zacytuję z jakiejś historii bitelsów “przez wielu krytyków ich rozpad był uznawany za koniec złotych poszukiwań w świecie muzyki”.
John ma coś, co mnie w bardzo drażni. Ringo natomiast jest przesympatyczny.
Zagłosowałabym na Johna, co nie znaczy, że nie doceniam jego geniuszu.
Racja, oni jako całość byli najlepsi.
Za piątego Beatlesa uważam Epsteina.
A Yoko Ono dla mnie fizycznie nie istnieje.
mój głos poszedł na Paula. Choć i jego lubię…
Ale mi było znacznie łatwiej wskazać beatelsa którego lubię najmniej niz tego, którego lubię najbardziej…
Nie dziwię się, że jest tak dużo głosów na Ringo, ponieważ kiedy się nie wie na kogo zagłosować, głosuje się na najmniej ważnego. Głosy na Johna też są zrozumiałe, można nie tolerować jego zachowania, choć jak dla mnie jego osobowość była pozytywna, bo oryginalna.
Natomiast dwie rzeczy mi się nie podobają: jak można głosować na George ‘a i jak można nie głosować na Paula?!
George to postać wyjątkowo pozytywna, patrząc z perspektywy fana, który nigdy osobiście nie poznał swoich idoli można by wręcz rzec, że George był idealny. Natomiast Paul? Dziwi mnie trochę, że ma tak wielu zwolenników w Polsce ( to samo można zaobserwować na forum the-beatles.pl), był genialnym instrumentalistą, ale muzykę tworzył zwykłą, bez charakteru, zwykły pop (oczywiście są wspaniałe wyjątki!).
Ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać do niego niechęć, która ciągle się pogłębia, czuję, jakbym z niego po prostu wyrosła. I tyle.
Także z oddaniem głosu nie miałam żadnego problemu.
Można na to patrzeć z różnych punktów widzenia.
Muzycznie i tego, jaką ktoś przyjmuje postawę społeczną.
Lennona. Beatlem był świetnym, ale po rozpadzie “wyszło szydło z worka”, zaczął wariować.
Ja nie preferuję wymuszonego artyzmu i “łóżka pokoju”
@Osoba X
A ja mam na odwrót, bardziej szanuje tego Lennona po rozpadzie beatlesów; zaangażowanego i pragnącego pokoju, niż tego który nieraz był arogancki i wulgarny.
Wow, jeżeli Johnny wariował po 1970 (Instant Karma?? God?? Oh My Love?? )roku, to dzięki Ci Boże za kolejnego Randle McMurphy’iego i Syda Barretta!
W moim mniemaniu taka ankieta nie piwinna w ogóle powstawać, szczególnie na Tym blogu, ponieważ jak kochać – to na zabój wszystkich “Żuków”.